.
- Z 86 żołnierzy oddziału „Granit'' zginęło sześciu, a 15 odniosło rany. Ponadto w ataku na Eben Emael straciliśmy 11 zabitych i 47 rannych ze. "Nie, ja się nie biłam.". - Skąd wiesz?. Podświadomość. - Sprawdzali dokumenty. Wolałem nie sterczeć tylko... jak odjeżdżałem to chyba jeszcze zaglądali do samochodu... Czarny wstał z fotela. Cały sprężony podszedł do Roberta. Skorpion chłodno przyglądał się tej scenie, ale Kobra spuścił wzrok. Nie znosił widoku krwi. - Zaraz. Jego zatrzymali, a ty sobie pojechałeś? - zapytał ściszonym, drżącym głosem. - Fuksem mi się udało. Przyczepili się czy co? Zresztą Cichy nie kazał mi wysiadać z samochodu. Miałem pomóc, a nie... - Robert z trudem wytrzymywał spojrzenie Czarnego. - Chcesz powiedzieć, że kolegę zostawiłeś w gównie, a sam spierdoliłeś? Tym razem Robert nie wytrzymał. Wszystko można mu zarzucić, ale nie tchórzostwo. - Mieliśmy pojechać po zakupy. Po cholerę ten cyrk z samochodami, jakimś towarem, z trefnymi walizkami? - Robert kopnął z wściekłością stojącą na ziemi walizkę. Czarny spojrzał na Skorpiona. Ten wstał z fotela, podszedł do walizki, położył ją na stole i po chwili grzebania przy szyfrowym zamku otworzył wieko. Na dnie leżała para starych narciarskich butów. W jednej chwili opadło z Roberta całe napięcie. Rozpiął koszulę, żeby ją zdjąć i oddać. - Rzeczy możesz zatrzymać - odezwał się Czarny - są przepocone, a tu nikt tego nie będzie prał. Robert podniósł z ziemi kurtkę. Czarny wyciągnął z kieszeni plik banknotów i przeliczył je. Spojrzał na Roberta, dorzucił jeszcze dwa. - Twoja działka - podał mu pieniądze. - To za dużo - bronił się Robert. - To zaliczka. Weźmiesz mój motocykl i porozwozisz jutro parę listów na mieście. Kobra wstał z kanapy. Zgarnął ze stołu plik leżących kopert i wcisnął je Robertowi pod rękę. - Ale ja... - niepewnie zaczął Robert. - Nawaliłeś bracie, ale daję ci jeszcze jedną szansę - skończył rozmowę Czarny. Opierając się dłużej można było tylko dostać w mordę, więc Robert odwrócił się i ruszył do wyjścia. Czarny spojrzał na Kobrę i Skorpiona. Uśmiechnął się. Robert zniknął w drzwiach. Czarny stał spoglądając w okno. Robert zszedł po schodach przed dom. Stanął obok nowiutkiego motocykla marki Kawasaki ZX 100. Z bocznych drzwi prowadzących do kuchni wyszedł Cichy, a za nim Biedrona. Podeszli do Czarnego. - Na granicy jesteśmy spaleni - chłodno stwierdził Cichy. - Ten mały, to nasza duża szansa - Czarny obserwował jak Robert zakłada kask na głowę i siada na motocykl. - Znam go cztery lata. On na ten numer nie pójdzie - zaprzeczył Cichy. Czarny znał się na ludziach. Uśmiechnął się do niego serdecznie. - Pójdzie - zawyrokował. Robert przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik odpalił po pierwszym dotknięciu. Jego szum przyprawiał o dreszcze. Sto czterdzieści koni mechanicznych czekało, aż Robert wciśnie nogą pierwszy bieg. Swąd gumy i dym wydobył się z pod tylnego koła, po tym jak Robert przekręcił rączkę gazu. Tylko cud i wrodzony refleks pozwolił mu zmieścić się w otwartej bramie prowadzącej na leśną drogę. Położył się w zakręcie na lewy bok, dodał gazu i wyszedł na prostą. Po stu metrach wiedział, że jest zrośnięty z motocyklem w jeden organizm. Już nic nie mogło ich rozłączyć..
Partners
Kategorie
Losowe:
- Rozdrażnienie Hendrixa sięgało zenitu. .
- względnie "osobowego podmiotu", że ono gra tutaj pewną rolę, .
- .
- - wolisz, Peter? Koniak, whisky, Martini, koktajl? Moja .
- Reżyser wyczuł, że tamten mu nie dowierza. Trzymając lewą rękę na kierownicy, prawą wyjął wizytówkę i podał ją swemu towarzyszowi, co wymagało pewnego wysiłku, gdyż na ulicy ruch wymagał wytężonej uwagi. Młody człowiek odczytał nazwisko i chciał zwrócić wizytówkę. - Niech ją pan zatrzyma. Na razie mieszkam tu, w hotelu Plaza. Nie znam jednak pańskiego nazwiska. - Bob Flynn, lat dziewiętnaście. .
- Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- - Uwaga! Kiedy usłyszycie gwizdek, odepchniecie się mocno nogami od ziemi! Utrzymujcie miotły w równowadze, wznieście się na kilka stóp i lądujcie, wychylając się lekko do przodu. Na mój gwizdek... trzy... dwa... Neville, zbyt przerażony perspektywą oderwania się od ziemi, poszybował w powietrze, zanim pani Hooch przytknęła gwizdek do warg. .
- - upewniła się kobieta. - Byłyśmy sobie kiedyś przedstawione? .
- - Ona pracowała dla mnie - odpowiedział po prostu. Jak na sytuację, w której się znalazła, siedziała nadspodziewanie spokojnie, wmówiwszy sobie, że musi zapanować nad nerwami. Priem rozsunął zasłony. Po szybach spływały krople padającego deszczu, zostawiając ślady podobne do upiornych, powykręcanych palców, tak jakby na zewnątrz stała AnnaMaria i próbowała dostać się do środka. Nie odwracając się, zaczął mówić. - Na twoje nieszczęście, jeszcze zanim tu przyjechałaś, zostałem dodatkowo uprzedzony, kim naprawdę jesteś. Mamy pewnego agenta w Londynie, który od dłuższego czasu pracuje w DOS. [ - Nie wierzę - powiedziała zaszokowana Genevieve. - Zapewniam cię, że to szczera prawda, ale wrócimy do tego później. Porozmawiajmy o twojej siostrze. - Odwrócił się. - Kiedy osiedliliśmy się w zamku, wiadomo było, że przyciągniemy uwagę brytyjskiego wywiadu, zdecydowałem więc, żeby dostarczyć .t Londynowi odpowiedniego agenta. A któż nadawał się do tego lepiej niż AnnaMaria Trevaunce? - Która w zamian za to mogła spokojnie żyć dalej w przepychu, do jakiego przywykła? Czy to masz na myśli? Zsunął zasłony razem i spojrzał na nią. - Niezupełnie. Można o niej wszystko powiedzieć, ale znała swoją cenę. - A więc co to było? - Wybuchła nagle niepohamowanym gniewem. - To przez ciebie, ty bydlaku. Niby była twoją agentką, ale to patrol SS ją zgarnął i pastwił nad nią jak dzikie zwierzęta. Wiedziałeś o tym? - Nieprawda - odparł z wyrazem szczerego współczucia w oczach. - To wina twoich rodaków i nikogo więcej. W pokoju zrobiło się bardzo cicho. Ogarnęło ją przerażenie. - Co to ma znaczyć? - szepnęła. - Jakże mam to rozumieć? .
- same, ale ze względu na Jaźń. Jaźń jest najdroższą rzeczą na .